Z ogromnego chaosu napływających zewsząd informacji wyławiamy niekoniecznie te najistotniejsze dla sprawnego funkcjonowania. Gdyby było inaczej, działalibyśmy jak bezbłędne maszyny. Na szczęście bywamy nieprzewidywalni.
Teorie psychoanalityczne olbrzymią wagę nadają skojarzeniom i całemu obszarowi lingwistyki.
W dużym uproszczeniu powiedzieć można na przykład, że podwójne znaczenia używanych słów niosą dodatkowe informacje, czasem wręcz podstawowe dla procesu analizy. Odbywa się swego rodzaju czytanie między wierszami. „Jak się przedrzeć?” – te właśnie, a nie inne słowa przyszły mi do głowy, kiedy zastanawiałem się nad zjawiskiem wyróżniania się z tła. Spróbujmy pobawić się tym zdaniem. Przedzieranie się ma coś wspólnego ze strategią i manewrami wojskowymi. Ale przedrzeć się to również na pół. Jestem wtedy podwójnie, jestem już kimś innym. Taka zabawa ze słowami wydawać się może zabiegiem z cyklu „prawą ręką za lewe ucho”, ale… Rzeczywiście, potrzeba wyróżnienia się z tła prowadzi do zmiany, przyjęcia innej postawy, wypracowania nowej pozycji, nowego wizerunku, krótko mówiąc – do przełamania obowiązującej konwencji.
Praca w dziale kreacji wiąże się z wyzwaniem tworzenia rzeczy oryginalnych, niepowtarzalnych. Czy to znaczy, że konwencjonalne projekty są niewybaczalnymi grzechami naszej profesji? Odpowiedź na to pytanie jest tylko pozornie łatwa. Jak bowiem zakwalifikować doskonałe, perfekcyjne reklamy, które dołączają do panteonu klasyki? Czytelna idea, idealne zdjęcia, zachwycający artyzm. Ale brakuje tego czegoś, co sprawia, że dzieło ma swój unikatowy (a nie „unikalny”) charakter. Nie interesuje mnie dyskusja, czy reklama to sztuka. Chciałbym raczej zastanowić się nad tym, co skłania nas do poszukiwań niewykorzystanych wcześniej, świeżych idei. Czy one lepiej sprzedają produkt? Czy działa tu zasada zaskoczenia? Szoku? Skąd przewaga niekonwencjonalnego myślenia nad klasycznym komunikatem? Skąd rosnąca kariera ambient mediów? A może docieramy już do granicy udziwnień i musimy cały czas krzyczeć, by nas zauważono? Zachowujemy się jak przeciwieństwo kameleona, on wtapia się w tło, my chcemy się wyróżniać.
To, co napisałem, to w dużej części prowokacja. Bezmiar nieodkrytych pomysłów i ciekawych idei jest równie wielki, jak niewyczerpana liczba melodii, których jeszcze nikt nie skomponował. Jedyna rada to rozsądne i ze smakiem traktowanie reklamowej materii. Tajemnicą poliszynela jest, że w dziedzinie reklam proszków do prania najbardziej skuteczne są tradycyjne projekty (czytaj: nudne). Nie mogę nie przyjmować do wiadomości tego faktu, jako osoba odpowiedzialna za sukces marketingowy zleceniodawcy. Na szczęście równie często, co tradycyjnych rozwiązań, klient oczekuje ZMIANY. Powtórnie o szczęściu mogę mówić, ponieważ dane jest mi pracować w firmie, która stworzyła filozofię DISRUPTION. Idea ta została opisana między innymi w książce wieloletniego prezesa TBWA Jean-Marie Dru. Klasyczne zatrudnienie agencji reklamowej odbywa się poprzez zaproszenie do przetargu i przekazanie briefu. Filozofia Disruption zakłada wspólną pracę z klientem nad konkretnym problemem. Już na tym etapie jest przełamaniem istniejących reguł. W wyniku wspólnej pracy następuje postawienie diagnozy panującej na rynku konwencji (w interesującym klienta obszarze), określenie wizji, do której dążymy i przełamanie utartych schematów. Nasza metoda nie ma nic wspólnego z opisywanym wcześniej szokowaniem, czy „krzykiem reklamowym”. Jest natomiast zaskoczeniem, ponieważ prowadzi klientów do zrezygnowania z dreptania w szeregu obowiązujących na rynku reguł.
Na zakończenie coś pół żartem. Przykładem totalnego przełamania konwencji stały się kartki z życzeniami świątecznymi i noworocznymi – szczególnie te, których nadawcami są agencje reklamowe. Właściwie, to nie są już kartki, a specjalnie zaprojektowane przesyłki. Ciekaw jestem, kiedy na temat ewolucji tej konkretnej formy powstanie jakaś praca dyplomowa? A może już powstała? Tymczasem, ponieważ czas po temu, życzę wszystkim niekonwencjonalnie konwencjonalnych… Serdecznych Świąt.
Kategorie: Marketing, Komunikacja, Wiedza
Artykuł Bartka Goli pt. Stadion Narodowy a sprawa marketingu nasunął mi pewną refleksję, mianowicie kwestia różnic przetargowych i rządzących nimi kryteriów oceny jest ròżna dla całej przestrzeni branży reklamowej w odniesieniu do podmiotów stricte komercyjnych, a takich, które zwykliśmy nazywać podmiotami użyteczności publicznej. W przestrzeni komercyjnej jakość działań wymusza konkurencja, natomiast tam gdzie konkurencji (pozornie) brakuje, panuje wolna amerykanka.
Oto przeczytałem w Życiu Warszawy, iż pewna agencja (przez grzeczność nazwy nie wymienię) jest odpowiedzialna za zmianę identyfikacji wizualnej ZTM – Zakładu Transportu Miejskiego miasta Warszawy. O zgrozo gazeta załączyła próbkę owej zmiany wizerunkowej…
Eufemistycznie rzecz ujmując, nieładne i nieprofesjonalne. Czuję się tu predestynowany do wyrażenia opinii, gdyż zdarza mi się być użytkownikiem ZTM.
Dlaczego nikt nie zapytał o zdanie bezpośredniego odbiorcy, czyli mieszkańców Warszawy korzystających ze środków komunikacji miejskiej, a mam tu na myśli odpowiednie badania ilościowe.
O ile jednak w powyższym przykładzie mamy do czynienia z nieznaną szerzej agencją, o tyle jest inny przykład, ktόry ilustruje problem, a dotyczy powszechnie znanej agencji brandingowej.
Piszę o tym z przykrością, dokładając cegiełkę do i tak powszechnej
krytyki tzw. logo Polski. Osobiście nawet lubię ten znak. Jego autorzy są prawdziwymi specami corporate identity i mają na swym koncie wiele znakomitych realizacji w obszarze podmiotów komercyjnych, w którym przestrzegali prawideł elementarnej metodologii działań.
Gdy jednak przyszło im zmierzyć się z zadaniem tak poważnym, choć niekomercyjnym jak stworzenie logo Polski (zainkasowali za projekt złotówkę plus VAT), zrezygnowali ze wspomnianej metodologii i nie przeprowadzili badań ilościowych na szeroką skalę. Efektem podarowania Narodowi jego logo, występując z pozycji ex cathedra i nie pytając Go o zdanie (jak się ze znakiem czuje), stało się odrzucenie projektu. Znak narobił zamieszania, choć nie o taki rozgłos zapewne autorom chodziło i ostatecznie się nie przyjął.
Bardzo ostro, ale z właściwą sobie ironią podsumował wydarzenie Stanisław Tym w artykule, do którego link załączam poniżej:
http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_020831/plus_minus_a_15.html
Chciałbym jednak zakończyć optymistycznym akcentem i powrócić jeszcze do ZTMu. Zmiany wizerunkowe będą tam miały miejsce tylko na podstawowym poziomie, bo jak donosi Życie Warszawy, przedsiębiorstwu zabrakło środków na przemalowanie wszystkich autobusów w mieście.
Uff.

Konkursy już od dawna wykorzystywane są do tworzenia szumu wokół marki i zwiększania sprzedaży jej produktów, a także do wzmacniania związków z konsumentem. W dzisiejszej erze cyfrowej, charakteryzującej się między innymi błyskawicznym i spontanicznym przepływem informacji, twórcze konkursy tym bardziej mogą być skutecznym narzędziem marketingowym. Ich powodzenie często zależy jednak od umiejętnego ukierunkowania naturalnego ludzkiego pragnienia do tworzenia i dzielenia się efektami swojej pracy. Niemniej ważne jest zminimalizowanie ryzyka, którym obarczona jest każda treść tworzona przez niezależnego użytkownika, a polegającego np. na niskim poziomie odpowiedzi na konkurs czy - co gorsza - utratą kontroli nad przesłaniem marki. Warto też zwrócić uwagę na możliwą interpretację działań marki przez Konsumentów. Nieodpowiednie skonstruowanie akcji może spowodować postrzeganie twórczego konkursu jako okazji do pozyskania przez markę „taniej siły roboczej”, a także wrażenie wysługiwania się Konsumentami w wykonywaniu pracy marketingowej.
Na podstawie kilku przytoczonych w dalszej części przykładów stwierdzić można, że właściwą drogą jest prowadzony przez markę wysiłek marketingowy, angażujący użytkowników oraz potencjalnych klientów poprzez platformę rozrywkową, która wzmaga ich zainteresowanie i twórczość. Zgodnie z dobrymi praktykami, aby zachęcić użytkownika do udziału i zaangażować go w dialog na temat marki, twórcze konkursy muszą motywować ludzi czymś więcej niż tylko nagrodami pieniężnym. Liczą się przykuwające uwagę doświadczenia szczególnie cenne dla danego odbiorcy.
Sztuka z puszek wg RED BULL’a jest “ogólnokrajowym polowaniem na twórczość”, zachęcającym do udziału wszystkich, od profesjonalnych artystów po osoby, które po prostu potrafią zrobić coś z niczego. Tworzywem jest pusta puszka po Red Bull’u, ograniczeniem jedynie wyobraźnia. Od 2005 roku najlepsze pomysły są wystawiane w największych miastach Stanów Zjednoczonych. Do tej pory stworzono bardzo oryginalne dzieła sztuki nowoczesnej obejmujące prace 2D, zabawki, rzeźby, filmy wideo, a nawet odzież. Konkurs jest prawdopodobnie najbardziej artystycznym programem utylizacji odpadów
Natomiast biorąc pod uwagę “uskrzydlające” właściwości napoju oraz charakter pracy twórczej jako takiej, jej uzależnienie od nieuchwytnej weny i często nocne seanse z tworzywem - idea wydaje się być strzałem w dziesiątkę.
Firma H&M oraz gra Sims 2 połączyły swoje siły, oferując dodatek do gry - “Fashion Stuff Expansion Pack” - będący poza źródłem rozrywki także przepustką dla graczy do udziału w szeroko zakrojonym konkursie dla projektantów mody. Inspiracją były trzy tematy: “Wieczór poza domem”, “Chodźmy na plażę!” oraz “Czerwony dywan”. Każdego tygodnia przeprowadzano głosowanie, w którym zgodnie z demokratycznymi zasadami świata internetu użytkownicy typowali swoje ulubione kreacje. Projekty, które otrzymały największą liczbę głosów brały udział w wirtualnym pokazie mody. Zwycięski projekt został naprawdę wyprodukowany i był sprzedawany w sklepach H&M na całym świecie. Konkurs oferował projektantom oraz fanom gry Sims jedyną w swoim rodzaju okazję do wyrażenia swojej kreatywności i stylu, kusząc możliwością stworzenia cyfrowej kreacji, którą następnie niemal każdy mógł zdjąć z półki w swoim lokalnym sklepie, przymierzyć i kupić.
Pepsi, po raz pierwszy w historii, pozwala konsumentom zaprojektować wizerunek jednej z puszek podczas akcji promocyjnej “Zaprojektuj naszą Pepsi”. Zwycięski projekt zostanie nagrodzony sumą 5.000 dolarów i umieszczony na 500 milionach puszek na całym świecie. Mimo, że uczestnicy konkursu mogą przesyłać projekty stworzone przy użyciu swoich własnych programów i narzędzi, strona konkursu oferuje łatwy w obsłudze interfejs i gotowe szablony, co sprawia, że konkurs jest dostępny dla szerszego kręgu odbiorców. Narzędzia projektanckie są w pełni zgodne ze znakami rozpoznawczymi Pepsi, zachowując w ten sposób kontrolę nad wizerunkiem, logo i kolorystyką marki, pozostawiając resztę oryginalności i twórczości uczestnikom konkursu.

W jednej z rozmów, po tekście o Marketingu Zintegrowanym zarzucono mi ostatnio, że piszę o rzeczach nadających sie jedynie dla wielkich korporacji, dysponujących gigantycznymi budżetami.
Chce się rozporawić z tym zarzutem śledząc działania amerykańskiej firmy produkującej koszyki wiklinowe. Zintegrowane podejście do marketingu to bardziej filozofia niż gigantyczne kampanie.
Kategorie: Longabreger, Marketing zintegrowany, Dziennik
Zdarzyło mi się niedawno być na pewnym szkoleniu firmowym w eleganckim podwarszawskim ośrodku. Wszystko wskazywało na duże aspiracje właściciela ośrodka do uczynienia zeń miejsca dla osób ceniących sobie komfort i wysoki standard. Zatem miejsce dumnie eksponowało eleganckie wnętrza, w których widać było dbałość o szczegóły wykończenia i jakość materiałów.
Wszystko byłoby ślicznie, gdyby nie pewien dysonans… Już od wjazdu witał nas szyld z logo ośrodka, który pasował raczej do PRL-owskiego sanatorium w najgorszym stylu z czasów kawy z fusem w szklance, aluminiowych łyżeczek i plastikowych kwiatków w wazonikach z napisem “Społem”. Potem było już tylko gorzej. Zapluta i „pogryziona przez motyle” kartka informacyjna z logo ośrodka przylepiona na “gumę do żucia” w toaletach itd. itp. Słowem – wizerunkowy blamaż!
Ale do rzeczy. Obrazek ten nasuwa mi pewną refleksję, mianowicie o ile zgrzyt dotyczy jakiegoś ośrodka na prowincji o tyle przykład jest analogiczny do wizerunku dużych firm, które korzystając z koniunktury i osiągając sukcesy gospodarcze przechodzą obecnie znaczną przemianę ekonomiczną. Nie dostrzegają jednak potrzeby równoległej zmiany wizerunkowej. Zaskakuje fakt, iż firmy inwestując “ciężkie” pieniądze w biuro w reprezentatywnym punkcie miasta i flotę limuzyn dla kadry menedżerskiej, nie czują potrzeby inwestycji w jakość swojej identyfikacji wizualnej. A przecież to fundament, który pozycjonuje firmę, określa jej kulturę i dziedzictwo. Tymczasem rodzimy biznes kieruje się swoim cyklem ewolucji wizerunkowej i potrzebuje jeszcze znacznej edukacji w tym zakresie. Proszę wybaczyć mi to porównanie, jednak firma z reprezentatywnym biurem i drogą limuzyną, ale przypadkowym i paskudnym logo, jest jak puszczenie bąka przy wystawnym i eleganckim obiedzie.

to prawdopodobnie największy na świecie publiczny zbiór fotografii. Dostępne statystyki mówią o ponad 40 milionach użytkowników z całego świata umieszczających dziennie około 1,85 miliona fotografii. Flickr jest z pewnością wirtualnymi “oczami świata”, które rejestrują codzienne życie na naszej planecie. Jako społeczne zjawisko medialne podsycane ludzką potrzebą autoekspresji, poznania opinii, wielkoduszności i poczucia wspólnoty, pozwala użytkownikom dokumentować ich życie i łączyć się z innymi członkami społeczności, aby dzielić się fotografiami i uczestniczyć w różnego rodzaju grupach dyskusyjnych.
Poniżej na kilku przykładach postaram się przybliżyć jak ten potencjał wykorzystują nowatorskie marki w swoich działaniach wykraczając poza tradycyjne ogłoszenia graficzne jednocześnie angażując społeczność Flickr do naturalnego tworzenia szumu wokół swoich produktów.
Grupa sponsorowana: Nikon stał się partnerem Flickr, aby powiększyć zaangażowanie społeczności i umocnić swoją pozycję lidera wśród marek aparatów fotograficznych dla profesjonalistów i amatorów. Urzeczywistnieniem tak nakreślonego celu było wezwanie wszystkich fotografów do dzielenia się pomysłami w ”Niewiarygodnej Galerii Nikon’a”. Wystarczyło w serwisie Flickr oznaczyć swoje fotografie słowem “nikonstunninggallery”, a zespół oceniający decydował, które ujęcia znajdą się na podstronie firmy. Inicjatywa ta odniosła sukces w postaci ponad 100,000 nadesłanych zdjęć. Nikon założył także Cyfrowe Centrum Szkolenia oraz sponsorowaną grupę, będącą punktem spotkań , w ramach których uczestnicy nadal mogą dzielić i kultywować swoje wspólne zainteresowania podczas rozmów, analiz i konsultacji przy współudziale instruktorów ze szkoły Nikon.
Integracja marki: Firma HP również połączyła siły z Flickr, aby dotrzeć do potencjalnych konsumentów w interaktywny sposób jednak z realnym produktem. Zakładając w sposób naturalny i improwizowany sponsorowaną grupę, będącą miejscem spotkań entuzjastów fotografowania ukierunkowała jej zainteresowanie na wątek jakości zdjęć cyfrowych i ich materialnego substratu w postaci odbitek. Grupa poświęcona “Rozdzielczości” poprosiła swoich członków o przesyłanie zdjęć wyjaśniających co oznacza dla nich rozdzielczość. Społeczność głosowała następnie na „12 Codziennych” zdjęć, które najlepiej przedstawiały siłę koloru.

Firma HP - jak wspomniałem- poszła dalej, pozwalając uczestnikom konkursu otrzymać próbkę wydruku wykonaną przy użyciu najnowszego systemu HP 12 inkjet. Dzięki temu zabiegowi zainteresowani mogli doświadczyć znakomitej jakości produktu z pierwszej ręki. Poziom popularności strony HP pod względem liczby odwiedzających był jednym z najwyższych, jakie firma odnotowała podczas tego rodzaju kampanii promocyjnych. Ze strony użytkowników serwis uzyskał wiele pozytywnych opinii, pomagając pozycjonować markę HP w segmencie wysokiej jakości produktów dla profesjonalistów.
Integracja w reklamie: Vauxhall, brytyjski odpowiednik powszechnie znanego OPEL AG, stworzył interaktywną grę pozwalającą użytkownikom wybrać się w wirtualną podróż modelem Astra. Korzystając ze zdjęć ogromnej bazy serwisu Flickr zainteresowani mogą stworzyć swój własny krajobraz. Gra przenosi ich na stronę modelu Astra, gdzie w niczym nieograniczeni wpisują miejsce startu oraz punkt docelowy, a także nazwy obiektów, które chcieliby obejrzeć w trakcie trwania wyprawy, niejako “po drodze”.
Następnie zgodnie z wytycznymi użytkownika wybierane są fotografie z zasobów Flickr’a,według klucza odpowiednich “tagów” i.. rozpoczyna się podróż. Vauxhall stworzył w ten sposób bardziej spersonalizowane doświadczenie dla użytkowników, pozwalając im dodać realizmu oraz nowatorstwa dzięki wykorzystaniu osobiście definiowanych obrazów z bazy fotografii Flickr.

Ja swoją wycieczkę zacząłem w Poznaniu..
Kategorie: Case Studies, HP, Nikon, Marketing zintegrowany, Internet
Strategia wykorzystywania celebrities w kampaniach marketingowych jest chyba znana od zawsze i stosowana na całym świecie. Jednak w Polsce, o ile kiedyś można było bez wstydu proponować klientom wykorzystanie znanej postaci ze świata show-biznesu - to co się dzieje obecnie… uffff… “Houston we’ve got a problem”… Skrzynecka to ta od pasztetów (chyba nikt nie powie, że pasztet); Konrad wyjechał do Latynosów - już znają tam ofertę banku, którego nasz słynny aktor jest twarzą (czy nie “kręci się tam” również Koterski i Tym? - no cóż ); “Gajos? - …nie - MARKOS:)”, nasz Janek z ”Czterech Pancernych…” obecnie w Europejskimbanku z Lindą i Gąsowskim…; Fronczewski z kolei - gdzie on nie grał -ale obecnie nie wysłałby swojego “Funfla” na wyścigi hartów; Wojewódzki, Kayah, Jeżowska i Wondraczkowa, Rodowicz, Kozakiewicz, Małysz - Iza i Adam (jeszcze nikt nie wpadł na pomysł, żeby zagrali razem?!!! - przecież tyle produktów na rynku chce dotrzeć do polskich rodzin) - to wszystko napisałem w 2,5 minuty prosto z głowy - strach pomyśleć ile bym napisał, gdyby nie było mi szkoda czasu na mało ważny i nic nie wnoszący dalej do dyskusji test mojej pamięci do znanych osób wykorzystywanych w reklamie. Nie wiem, czy wszyscy zrozumieli już do czego piję, dlatego posłużę, się jeszcze jednym przykładem. Gdybym był brand managerem jakiejś marki (powiedzmy o męskim charakterze lub związanej z cechą “szybkość” albo po prostu z branży motoryzacyjnej), jeśli ktoś by mi zaproponował wykorzystanie wizerunku Roberta Kubicy mógłbym zinterpretować taką propozycję w dwojaki sposób: albo posądziłbym agencję o to, że w taksówce w drodze do mojego biura nie wpadli na nic lepszego, albo, że w briefie podałem zbyt mały budżet na kampanię i po prostu stwierdzili, że za lepszy pomysł i tak nie zapłacę więcej. W związku z tym, że już wkrótce odbędzie się inauguracja Pucharu Świata w skokach i czeka nas długi zimowy sezon - na Duchy Moich Przodków - wzywam was do wykasowania nazwiska “MAŁYSZ” ze swojego battleplanu - a raczej wymażcie 4 ostatnie litery z jego nazwiska i dopiszcie do przedrostka “MA…” końcówkę “…TEJA” - tak jest! W tym sezonie powinien rządzić Robert MATEJA! No dobra, teraz konretnie i na temat (wszystkich, których duma narodowa nie pozwla kontynuować ze mną dialogu przepraszam post factum) - pozostałych proszę o zapoznanie się z historią pewnego człowieka… 
“Eddie ‘the Eagle’ Edwards to najsłynniejszy w historii skoczek brytyjski”. Gdy natrafiłem na taki zapis encyklopedyczny od razu przypomniałem sobie z transmisji (jeszcze z dzieciństwa) niewysokiego skoczka w okularach, który… nie potrafił skakać. “Najsłynniejszy skoczek brytyjski”!??? - parsknąłem pod nosem - przecież oni nie mają wogóle skoków! Jednak czytam dalej i okazuje się, że Eddie “the Eagle” osiągnął komercyjny sukces właśnie dzięki swojej beznadziejnej postawie na skoczni. Najczęściej kończył zawody na ostatnim miejscu, ledwo się trzymał na nartach, jak “spadał” wszyscy się modlili… (miał inny przydomek “ski dropper”). Do tego wszystkiego wyglądał głupio i nosił duże, śmieszne okulary, o których wspomniałem (bez urazy Panie Edwards). WOW! Dlaczego po prostu tego (a raczej jego) nie przemilczano - “trudno, trochę nam wstyd za niego, ale cóż - uparł się” - wręcz przeciwnie “sir” Edwards jest obecnie postacią kultową… no dobrze - przynajmniej jest jednym z najsłynniejszych skoczków narciarskich. Jak to możliwe?
Jego prawdziwa sława rozpoczęła się po Igrzyskach Olimpijsckich w Calgary, kiedy to zajął 56 miejsce (ostatni 57 zawodnik został zdyskfalifikowany). Był od tego momentu gwiazdą telewizyjnych talk-shows, na antenach różnych stacji. Kolejne występy zadecydowały o utrwaleniu jego wizerunku - im gorzej skakał, tym stawał się bardziej popularny i lubiany. W efekcie potrafił za godzinny wywiad kasować nawet 10 000 GBP, a suma jego zarobków na popularności jaką zdobył szacuje się na kilkaset tysięcy funtów. Eddie ma swój wkład w zmianę przepisy zawodów skoków narciarskich. Wprowadzono tzw “Regułę Eddiego”, która elimnuje słabeuszy z występu w Igrzyskach Olimpijskich, a w zawodach Pucharu Świata wporwadzono przed zawodami głównymi obowiązek kwalifikacji - właśnie po to, by nie zaniżać poziomu sportowego imprezy. Popularność i majątek (który podobno przepuszczał “lekką rączką” - w 1992 ogłosił nawet swoje bankructwo) zawdzięcza w dużej mierze udziałowi w wielu kampaniach reklamowych. Reklamował samochody, okulary, linie lotnicze… napisał książkę (”On the Piste”), zaśpiewał piosenkę (Fly Eddie Fly), która zyskała miejsce w ”Top 50″ brytyjskiej listy przebojów!!! A ostatnio dowiedziałem się, że właśnie przygotowywana jest produkcja filmu biograficznego o życiu skoczka, w którego rolę wcieli się znany brytyjski aktor Steven Coogan. Zdjęcia rozpoczynają się już w styczniu 2008. Wiem, wiem, wiem - pewnie powiecie - “Eddie ma jednak coś w sobie” (chociażby głupią minę). Nie chcę by mrs Edwards stał się punktem odniesienia, jednak wydaje mi się, że Robert Mateja ma w sobie zalążek tego, z czego powstała sława “Brytyjskiego Orła”. Wystarczy tylko poszperać po forach by znaleźć takie porównanie: “Małysz - Orzeł, Stoch - Jastrząb, Żyła - Wróbelek, Mateja - Emu Nielot”. EMU NIELOT!!! Okej jeśli to określenie wprawiło was w dobry nastrój to ja nieszukam dalej. To jest dowód na to, że Mateja może być naszym Edwardsem. Jeśli macie wątpliwości to kolejne argumenty - Mateja zamiast coraz lepiej, skacze coraz gorzej, jest mistrzem psucia drugiego skoku, na ostatnich Igrzyskach Olimpijskich skok Matei miał przesunąć Polaków na 3 miejsce, a przesunął na 8-sme!!! Dodatkowe, argumenty, stricte marketingowe: wysoka świadomość, powszechnie kojarzony z argumentami, które przedstawiłem powyżej, na pewno (przynajmniej na początek) tańszy od innych znanych i lubianych, ale przede wszystkim ma w sobie naturalny potencjał… Ostatni argument. Wyobraźmy sobie film, w którym widzimy Pana Roberta mówiącego swoim lekko załamującym się, niepewnym głosem: “No niestety ostatni skok w karierze mi nie wyszedł, odbiłem się z progu, niestety znowu wiatr zawiał w oczy…”, po czym nasz Bohater wsiada do wypasionej fury i odjeżdża; przenik “NASZ FUNDUSZ INWESTYCYJNY - TO JEDYNA RZECZ KTÓRA CI SIĘ UDA”, albo inna sytuacja “TO BYŁ MÓJ REKORDOWY LOT - Jestem pod dobrymi skrzydłami. Robert Mateja” - ok, ostatni przykład “JUŻ NIGDY NIC MI NIE WYJDZIE. - Ochrona danych na twoim PC”. (I jeszcze ostatniutki, malutki przykład “ZŁOTO DLA MATEI!!! - szczegóły w najnowszym magazynie o zjawiskach nadprzyrodzonych już w kioskach!”; na koniec najlepszy: “MATEJOMANIA - LOTERIA, W KTÓREJ WYGRYWAJĄ PRZEGRANI!!!” Nie podaję więcej argumentów(czuję, że wpadłem w trans). Po prostu wykorzystanie postaci Pana Roberta Matei w kampanii musi zakończyć się sukcesem: 1. Strategia oparta o celebrytę jest skuteczna, ale trzeba mieć osobę z potencjałem medialnym, która wygeneruje publicity. 2. Celebryta światowego formatu lub topowy Polak/Polka są kosztowni. 3. Na ogół wolimy spektakularne sukcesy od “raczej dobrze”. 4. Współczesność wymaga wykorzystanie niekonwencjonalnych sposobów i kanałów komunikacji (trzeba mieć dobry pretekst żeby wygenerować WOM). 5. Polacy w dalszym ciągu wolą rzeczy śmieszne od tego co się dzieje w polityce (to takie moje prywatne zdanie). Panie i Panowie, czas pomyśleć tak jak Inuita na bezrybiu - rozglądnijcie się wokół swoich marek i znajdzcie swojego Edwardsa. Ja znalazłem Roberta Mateję! 
Zachęcam do dyskusji inuita ps’ Panie ROBERCIE - jeśli moje słowa, w jakikolwiek sposób dotknęły Pana osobiście - przepraszam i odszczekam wszystko gdyby Pan sobie tego życzył. Myślę jednak, że mimo przeciwności losu, swoją ciężką pracą, wytrwałością oraz pasją, udowodnił Pan, że zasługuje na prawdziwe zainteresowanie wokół swojej osoby - wierzę, że ten artykuł otwiera przed Panem drogę do wymarzonego sukcesu ps” Panie ADAMIE - i tak nikt nie odeśle Pana do Lamusa
Kategorie: Sponsoring, Marketing, Komunikacja
Właśnie - dzięki TVN24 - obejrzałem materiał, w którym dwóch finalistów konkursu dotyczącego zaprojektowania Stadionu Narodowego, opowiadało o swoim projekcie. Przyglądałem się całemu procesowi przetargowemu z dużym zainteresowaniem. Pracując już kilkanaście lat (Boże jak to brzmi) w biznesie reklamowym wiem sporo o zwyczajach panujących na tym rynku, kiedy więc Pani Minister ogłosiła, że rekomenduje wybranie jednej z trzech ofert, pomyślałem sobie: ohh dogrywka. Może więc (czyt. wśród studióww architektonicznych) jest tak samo?
No właśnie nie jest, kto nie wierzy niech poświęci chwilę na obejrzenie poniższego materiału.
No i jak? Zwrócili Państwo uwagę, że Pan Profesor Kuryłowicz, na pytanie o to, jaki będzie według niego ten nowy stadion odpowiadają - nie wiem. Jak to? Zrobiono przetarg i nie zmuszono uczestników do przyniesienia skończonej pracy?
Tego samego dnia wieczorem Pani Minister Jakubiak powiedziała, że szacowany koszt projektu stadionu to jakieś 10 milionów Euro!
Nie tego już za wiele. Pozwalam więc sobie kolegom (chyba się zbytnio spoufalam) z Min. Sportu przedstwić jak załatwiłby tę sprawę każdy szanujący się pracownik Działu Zakupów dużego koncernu.
Profesor Kuryłowicz czy inny Bill Hellmuth (Prezes HOK) zostałby wezwany na prezentację. Kiedy przybyli by już na miejsce, do siedziby owego koncernu okazałoby się, że wszytskie sale konferencyjne są zajęte. Cóż, zrobiłoby się im przykro bo spojrzeliby na teczki pękające od rysunków i dyski laptopów pełne, okupionych ogromnym wysiłkiem pomysłów. Cóz - pomyśleliby sobie - pokażemy to w kuchni, skoro akurat jest wolna. Prezentacja przebiegałaby w dość sztywnej atmosferze (w końcu okazywanie emocji mogłoby zostać uznane za sprzyjanie jednemu z oferentów). Pomimo tego byłoby nieźle jeżli nie liczyć drobnych niedogodności polegających na odbieraniu i pisaniu SMSów przez Członków Komisji Przetragowej oraz kilku przerw w prezentacji spowodowanych wizytami innych pracowników w zajętej niespodziewanie kuchni.
Było miło, ale tylko do do momentu kiedy podsumowujący prezentację przetargową Członek Komisji, stwierdził, że:
- nie ukrywam, że jesteśmy rozczarowani faktem, iż nie pokazali Państwo skończonej koncepcji stadionu - jego mina byłaby mieszaniną irytacji i znudzenia - zdajecie sobie państwo sprawę, że to zmniejsza waszą szansę w tym przetargu
- ale to jest celowe podejście - powiedziałby Prezes dużego konsorcjum architektonicznego - na tym etapie nie jestśmy w stanie zrobić dobrego projektu, mamy bardzo mało danych a ostateczny projekt powinien powstać jako efekt współpracy w Państwem jako “właścicielem” projektu. Nikt, na tym etapie, nie jest w stanie przygotowac rzetelnego projektu
- wielu waszych konkurentów przedstwiło nam skończone projekty - Członek Komisji zaczynał się irytować - czyba nie chce mi Pan zarzucić, że nie znam rynku?
Oczywiście mógłbym ciągnąc tę celowo przerysowaną konwersację dalej. Wielu z nas zna jej przebieg z autopsji. Brakuje jeszcze oczywiście zdania o tym, że wielu konkurentów zaoferowało tę samą usługę za połowę / jedną trzecią ceny (zakreśl właściwe). Po tem nastąpiłaby wymiana zdań o tym, że nie można porónywać dużego biura architektonicznego i oferowanego przez nie poziomu profesjonalizomu i doświadczenia, do małej lokalnej firmy. Et cetera, and so on i tak dalej.
Bez dwóch zdań zwyczaje przetargowe na rynkach reklamy i architektury się różnią (niestety dla reklamy).
Chcę - na koniec - uprzedzić głosy tych, którzy powiedzą. Przecież Stadion Narodowy to bardzo poważna sprawa, inwestycja warta 1 miliard złotych, gdzie temu do procesów marketingowych. Otóż chciałbym powiedzić, że potencjał tkwiący w komunikacji marketingowej jest równie duży. Nie chcę tutaj powoływac się set milardowe wyceny międzynarodowych brandów. Zadam tylko pytanie czy wartośc takich marek jak Kubuś, Tyskie, Tymbark czy Reserved (wszytkie stworzone lub relaunchowane po 89tym roku) jest mniejsza niż ów mityczny jeden miliard za Stadion Narodowy?
Pytanie retoryczne: dlaczego - kiedy kupujemy tak wielką szansę i potencjał jakim oferuje nam komunikacja marketingowa (wartościowo absolutnie porównywalną z inwestycją w Stadion Nardodowy) - zachowujemy się jak inwestor budowlany, który robi przetrag na szopę do przechowywania narzędzi, które mają posłużyć do budowy tegoż stadionu…
P.S. Króko po napisaniu tego tekstu samo życie dopisało do niego puentę. Przetrag wygrała trzecia firma z short listy, JSK architekci. Kilkadziesiąt minut później na wszystkich głównych portalach internetowych ukazałą się wiadomość, której fragment pozwalam sobie wkleić. Hmmm, w architekturze naprawdę jest inaczej.

W najmniejszym stopniu (mimo czekających nas Świąt) nie staram się wedrzeć w strefę sacrum. Wszechmoc to domena Najwyższego. Mnie natomiast ogarnia niemoc na absurdalne pomysły językowe naszej branży.
Są rzeczy, o których najstarszym Polakom się nie śniło. Wydawało się, że choć gęsi we wsiach rezydują, to jednak język mamy nie-gęsi. Tymczasem okazuje się, że coraz częściej gęgamy, co tam nam ze świata przyniesie. Totalna wiocha!
Sytuacja przedstawia się następująco. Na nasz stale rozwijający się rynek trafiają firmy ze swoimi ściśle określonymi CI i BI i oczekiwaniami, aby nie tykać i nie zmieniać, w trosce o uniwersalny, obowiązujący na całym świecie przekaz, nie dostosowywać komunikatów do lokalnych odbiorców.
Pamiętacie Goldeny? Fajki te nazywano tak od zawsze. Jednak upłynęły lata świetlne, zakończone interwencją pewnego dyrektora kreatywnego (ekspata) – i dopiero wtedy można było użyć tej swojskiej nazwy w miejsce oficjalnej – Golden American.
Inny przykład (i tu pojawia się już nasz Mianownik Wszechmogący). Język polski jest niezwykle bogaty – cudzoziemcom trudno przyzwyczaić się, że zwykliśmy odmieniać… przez „przypadki”. Żeby uzmysłowić problem zacytuję opinię językoznawcy, który zastanawia się: „…ile jeszcze czasu upłynie, zanim zagramy w brydż albo w poker. Dzieci będą grały w berek, kiedy wrócą ze szkoła”. Śmieszne i niemożliwe? A jednak. Przed miesiącem dostałem informację, że na wskroś polska firma (wzorem anglojęzycznych) nie życzy sobie odmiany swojej nazwy i „zaprasza klientów na zakupy do Galeria Zielona”. Kwiatki w rodzaju „program sponsorowany przez Agencja Celna” lub wezwanie „graj w Numeromania” dopełniają obraz nieszczęścia.
Zdarzyło mi się pisać recenzje filmów dla dzieci. Przypominam sobie, jakie boje musiałem staczać z wydawcą. Nie mogłem dzieciom opowiadać historii Pokemonów, musiałem przedstawiać losy istot Pokemon. To „o” z dziwnym ogonkiem nie mieściło się w uniwersalnym przekazie „na Polskę”.
Przyzwyczailiśmy się już do władania Mianownika, bez popicia przełykając takie wyrażenia jak: „Biznes informacje”, „Sport telegram”, „Sopot Festiwal”. Przepraszam, wkrótce do popicia będziemy mieli do wyboru zamiast soku wiśniowego – Wiśnia Sok lub… inny gorzki napój.
Są oczywiście dylematy. Powszechnie używamy sformułowania „jedziemy do IKE-i”, chociaż w tym przypadku brak odmiany byłby usprawiedliwiony. IKEA to skrótowiec (Ingwar Kamprad z Elmtaryd w parafii Agunnaryd). Natomiast, jeśli mam wybierać, czy „w McDonald’s spotkamy się” – to jednak wolę pójść do McDonalda.
Podobno Czesi (wybaczcie bracia) są uznawani przez nas, za naród bardziej spolegliwy, wręcz uległy wpływom zewnętrznym. A jednak Ci „kapitulanci” potrafią pokazać swój charakter nazywając na przykład Joan Baez – Joanką Baezową. I tak wolę, bo kolorowo.
Kategorie: Komunikacja, DziennikTEQUILA\Polska Sp. z o.o., siedziba: Poznań, adres: 61-775 Poznan, ul. Wielka 20, Sad Rejonowy w Poznaniu XXI Wydzial Gospodarczy, nr KRS 0000046544, NIP 783-15-24-100, REGON 639691601