Archiwum kategorii ‘Komunikacja’

  • Po pierwsze video, po drugie porno

    Tekst | 2008-08-12 22:03:46 22:03 Jeden komentarz

    intimissimiNie łatwo się wybić przy dzisiejszym natłoku reklam – szczególnie, że zanim dotrą do konsumenta, są pozbawiane najsmaczniejszych kąsków. Ogólnie rzecz ujmując na każdym kroku widać to samo a smaczków wciąż mało. Ale są firmy, które w smaczny sposób potrafią pokazać nawet porno (nie, ten przymiotnik się tu wyjątkowo nie wyklucza) wykorzystując najnowsze trendy i technologie. (więcej…)

    Kategorie: ATL, Case Studies, Marketing, Komunikacja, Kampania, Internet
  • Mal\Media 6. Google Earth

    Tekst | 2008-03-13 13:26:26 13:26 Brak komentarzy

    GoogleEarthGoogle Earth, pierwszy szeroko upubliczniony wirtualny glob wystawia na wyciągnięcie ręki wszelkie dane geograficzne dwustu milionom ludzi. Wykorzystanie tej nowej platformy w reklamie internetowej pokazuje czym jest tak zwana reklamapa (mapvertising), łącząca strony o tematyce geograficznej i przede wszystkim internetowe mapy z przekazem reklamowym, grami i opcjami wyszukiwania.

    (więcej…)

    Kategorie: Komunikacja, Dziennik
  • Duszności psyche \ Jak się przedrzeć?

    Tekst | 2007-12-18 15:29:46 15:29 Jeden komentarz

    Z ogromnego chaosu napływających zewsząd informacji wyławiamy niekoniecznie te najistotniejsze dla sprawnego funkcjonowania. Gdyby było inaczej, działalibyśmy jak bezbłędne maszyny. Na szczęście bywamy nieprzewidywalni.

    Teorie psychoanalityczne olbrzymią wagę nadają skojarzeniom i całemu obszarowi lingwistyki.
    W dużym uproszczeniu powiedzieć można na przykład, że podwójne znaczenia używanych słów niosą dodatkowe informacje, czasem wręcz podstawowe dla procesu analizy. Odbywa się swego rodzaju czytanie między wierszami. „Jak się przedrzeć?” – te właśnie, a nie inne słowa przyszły mi do głowy, kiedy zastanawiałem się nad zjawiskiem wyróżniania się z tła. Spróbujmy pobawić się tym zdaniem. Przedzieranie się ma coś wspólnego ze strategią i manewrami wojskowymi. Ale przedrzeć się to również na pół. Jestem wtedy podwójnie, jestem już kimś innym. Taka zabawa ze słowami wydawać się może zabiegiem z cyklu „prawą ręką za lewe ucho”, ale… Rzeczywiście, potrzeba wyróżnienia się z tła prowadzi do zmiany, przyjęcia innej postawy, wypracowania nowej pozycji, nowego wizerunku, krótko mówiąc – do przełamania obowiązującej konwencji.

    Praca w dziale kreacji wiąże się z wyzwaniem tworzenia rzeczy oryginalnych, niepowtarzalnych. Czy to znaczy, że konwencjonalne projekty są niewybaczalnymi grzechami naszej profesji? Odpowiedź na to pytanie jest tylko pozornie łatwa. Jak bowiem zakwalifikować doskonałe, perfekcyjne reklamy, które dołączają do panteonu klasyki? Czytelna idea, idealne zdjęcia, zachwycający artyzm. Ale brakuje tego czegoś, co sprawia, że dzieło ma swój unikatowy (a nie „unikalny”) charakter. Nie interesuje mnie dyskusja, czy reklama to sztuka. Chciałbym raczej zastanowić się nad tym, co skłania nas do poszukiwań niewykorzystanych wcześniej, świeżych idei. Czy one lepiej sprzedają produkt? Czy działa tu zasada zaskoczenia? Szoku? Skąd przewaga niekonwencjonalnego myślenia nad klasycznym komunikatem? Skąd rosnąca kariera ambient mediów? A może docieramy już do granicy udziwnień i musimy cały czas krzyczeć, by nas zauważono? Zachowujemy się jak przeciwieństwo kameleona, on wtapia się w tło, my chcemy się wyróżniać.

    To, co napisałem, to w dużej części prowokacja. Bezmiar nieodkrytych pomysłów i ciekawych idei jest równie wielki, jak niewyczerpana liczba melodii, których jeszcze nikt nie skomponował. Jedyna rada to rozsądne i ze smakiem traktowanie reklamowej materii. Tajemnicą poliszynela jest, że w dziedzinie reklam proszków do prania najbardziej skuteczne są tradycyjne projekty (czytaj: nudne). Nie mogę nie przyjmować do wiadomości tego faktu, jako osoba odpowiedzialna za sukces marketingowy zleceniodawcy. Na szczęście równie często, co tradycyjnych rozwiązań, klient oczekuje ZMIANY. Powtórnie o szczęściu mogę mówić, ponieważ dane jest mi pracować w firmie, która stworzyła filozofię DISRUPTION. Idea ta została opisana między innymi w książce wieloletniego prezesa TBWA Jean-Marie Dru. Klasyczne zatrudnienie agencji reklamowej odbywa się poprzez zaproszenie do przetargu i przekazanie briefu. Filozofia Disruption zakłada wspólną pracę z klientem nad konkretnym problemem. Już na tym etapie jest przełamaniem istniejących reguł. W wyniku wspólnej pracy następuje postawienie diagnozy panującej na rynku konwencji (w interesującym klienta obszarze), określenie wizji, do której dążymy i przełamanie utartych schematów. Nasza metoda nie ma nic wspólnego z opisywanym wcześniej szokowaniem, czy „krzykiem reklamowym”. Jest natomiast zaskoczeniem, ponieważ prowadzi klientów do zrezygnowania z dreptania w szeregu obowiązujących na rynku reguł.

    Na zakończenie coś pół żartem. Przykładem totalnego przełamania konwencji stały się kartki z życzeniami świątecznymi i noworocznymi – szczególnie te, których nadawcami są agencje reklamowe. Właściwie, to nie są już kartki, a specjalnie zaprojektowane przesyłki. Ciekaw jestem, kiedy na temat ewolucji tej konkretnej formy powstanie jakaś praca dyplomowa? A może już powstała? Tymczasem, ponieważ czas po temu, życzę wszystkim niekonwencjonalnie konwencjonalnych… Serdecznych Świąt.

    Kategorie: Marketing, Komunikacja, Wiedza
  • Małysz do lamusa!!!

    Tekst | 2007-12-09 01:03:37 01:03 Komentarze (2)

    Strategia wykorzystywania celebrities w kampaniach marketingowych jest chyba znana od zawsze i stosowana na całym świecie. Jednak w Polsce, o ile kiedyś można było bez wstydu proponować klientom wykorzystanie znanej postaci ze świata show-biznesu - to co się dzieje obecnie… uffff… “Houston we’ve got a problem”… Skrzynecka to ta od pasztetów (chyba nikt nie powie, że pasztet); Konrad wyjechał do Latynosów - już znają tam ofertę banku, którego nasz słynny aktor jest twarzą (czy nie “kręci się tam” również Koterski i Tym? - no cóż ); “Gajos? - …nie - MARKOS:)”, nasz Janek z ”Czterech Pancernych…” obecnie w Europejskimbanku z Lindą i Gąsowskim…; Fronczewski z kolei - gdzie on nie grał -ale obecnie nie wysłałby swojego “Funfla” na wyścigi hartów; Wojewódzki, Kayah, Jeżowska i Wondraczkowa, Rodowicz, Kozakiewicz, Małysz - Iza i Adam (jeszcze nikt nie wpadł na pomysł, żeby zagrali razem?!!! - przecież tyle produktów na rynku chce dotrzeć do polskich rodzin) - to wszystko napisałem w 2,5 minuty prosto z głowy - strach pomyśleć ile bym napisał, gdyby nie było mi szkoda czasu na mało ważny i nic nie wnoszący dalej do dyskusji test mojej pamięci do znanych osób wykorzystywanych w reklamie. Nie wiem, czy wszyscy zrozumieli już do czego piję, dlatego posłużę, się jeszcze jednym przykładem. Gdybym był brand managerem jakiejś marki (powiedzmy o męskim charakterze lub związanej z cechą “szybkość” albo po prostu z branży motoryzacyjnej), jeśli ktoś by mi zaproponował wykorzystanie wizerunku Roberta Kubicy mógłbym zinterpretować taką propozycję w dwojaki sposób: albo posądziłbym agencję o to, że w taksówce w drodze do mojego biura nie wpadli na nic lepszego, albo, że w briefie podałem zbyt mały budżet na kampanię i po prostu stwierdzili, że za lepszy pomysł i tak nie zapłacę więcej. W związku z tym, że już wkrótce odbędzie się inauguracja Pucharu Świata w skokach i czeka nas długi zimowy sezon - na Duchy Moich Przodków - wzywam was do wykasowania nazwiska “MAŁYSZ” ze swojego battleplanu - a raczej wymażcie 4 ostatnie litery z jego nazwiska i dopiszcie do przedrostka “MA…” końcówkę “…TEJA” - tak jest! W tym sezonie powinien rządzić Robert MATEJA! No dobra, teraz konretnie i na temat (wszystkich, których duma narodowa nie pozwla kontynuować ze mną dialogu przepraszam post factum) - pozostałych proszę o zapoznanie się z historią pewnego człowieka… Eddie Edwards

    Eddie ‘the Eagle’ Edwards to najsłynniejszy w historii skoczek brytyjski”. Gdy natrafiłem na taki zapis encyklopedyczny od razu przypomniałem sobie z transmisji (jeszcze z dzieciństwa) niewysokiego skoczka w okularach, który… nie potrafił skakać. “Najsłynniejszy skoczek brytyjski”!??? - parsknąłem pod nosem - przecież oni nie mają wogóle skoków! Jednak czytam dalej i okazuje się, że Eddie “the Eagle” osiągnął komercyjny sukces właśnie dzięki swojej beznadziejnej postawie na skoczni. Najczęściej kończył zawody na ostatnim miejscu, ledwo się trzymał na nartach, jak “spadał” wszyscy się modlili… (miał inny przydomek “ski dropper”). Do tego wszystkiego wyglądał głupio i nosił duże, śmieszne okulary, o których wspomniałem (bez urazy Panie Edwards). WOW! Dlaczego po prostu tego (a raczej jego) nie przemilczano - “trudno, trochę nam wstyd za niego, ale cóż - uparł się” - wręcz przeciwnie “sir” Edwards jest obecnie postacią kultową… no dobrze - przynajmniej jest jednym z najsłynniejszych skoczków narciarskich. Jak to możliwe?

    Jego prawdziwa sława rozpoczęła się po Igrzyskach Olimpijsckich w Calgary, kiedy to zajął 56 miejsce (ostatni 57 zawodnik został zdyskfalifikowany). Był od tego momentu gwiazdą telewizyjnych talk-shows, na antenach różnych stacji. Kolejne występy zadecydowały o utrwaleniu jego wizerunku - im gorzej skakał, tym stawał się bardziej popularny i lubiany. W efekcie potrafił za godzinny wywiad kasować nawet 10 000 GBP, a suma jego zarobków na popularności jaką zdobył szacuje się na kilkaset tysięcy funtów. Eddie ma swój wkład w zmianę przepisy zawodów skoków narciarskich. Wprowadzono tzw “Regułę Eddiego”, która elimnuje słabeuszy z występu w Igrzyskach Olimpijskich, a w zawodach Pucharu Świata wporwadzono przed zawodami głównymi obowiązek kwalifikacji - właśnie po to, by nie zaniżać poziomu sportowego imprezy. Popularność i majątek (który podobno przepuszczał “lekką rączką” - w 1992 ogłosił nawet swoje bankructwo) zawdzięcza w dużej mierze udziałowi w wielu kampaniach reklamowych. Reklamował samochody, okulary, linie lotnicze… napisał książkę (”On the Piste”), zaśpiewał piosenkę (Fly Eddie Fly), która zyskała miejsce w ”Top 50″ brytyjskiej listy przebojów!!! A ostatnio dowiedziałem się, że właśnie przygotowywana jest produkcja filmu biograficznego o życiu skoczka, w którego rolę wcieli się znany brytyjski aktor Steven Coogan. Zdjęcia rozpoczynają się już w styczniu 2008. Wiem, wiem, wiem - pewnie powiecie - “Eddie ma jednak coś w sobie” (chociażby głupią minę). Nie chcę by mrs Edwards stał się punktem odniesienia, jednak wydaje mi się, że Robert Mateja ma w sobie zalążek tego, z czego powstała sława “Brytyjskiego Orła”. Wystarczy tylko poszperać po forach by znaleźć takie porównanie: “Małysz - Orzeł, Stoch - Jastrząb, Żyła - Wróbelek, Mateja - Emu Nielot”. EMU NIELOT!!! Okej jeśli to określenie wprawiło was w dobry nastrój to ja nieszukam dalej. To jest dowód na to, że Mateja może być naszym Edwardsem. Jeśli macie wątpliwości to kolejne argumenty - Mateja zamiast coraz lepiej, skacze coraz gorzej, jest mistrzem psucia drugiego skoku, na ostatnich Igrzyskach Olimpijskich skok Matei miał przesunąć Polaków na 3 miejsce, a przesunął na 8-sme!!! Dodatkowe, argumenty, stricte marketingowe: wysoka świadomość, powszechnie kojarzony z argumentami, które przedstawiłem powyżej, na pewno (przynajmniej na początek) tańszy od innych znanych i lubianych, ale przede wszystkim ma w sobie naturalny potencjał… Ostatni argument. Wyobraźmy sobie film, w którym widzimy Pana Roberta mówiącego swoim lekko załamującym się, niepewnym głosem: “No niestety ostatni skok w karierze mi nie wyszedł, odbiłem się z progu, niestety znowu wiatr zawiał w oczy…”, po czym nasz Bohater wsiada do wypasionej fury i odjeżdża; przenik “NASZ FUNDUSZ INWESTYCYJNY - TO JEDYNA RZECZ KTÓRA CI SIĘ UDA”, albo inna sytuacja “TO BYŁ MÓJ REKORDOWY LOT - Jestem pod dobrymi skrzydłami. Robert Mateja” - ok, ostatni przykład “JUŻ NIGDY NIC MI NIE WYJDZIE. - Ochrona danych na twoim PC”. (I jeszcze ostatniutki, malutki przykład “ZŁOTO DLA MATEI!!! - szczegóły w najnowszym magazynie o zjawiskach nadprzyrodzonych już w kioskach!”; na koniec najlepszy: “MATEJOMANIA - LOTERIA, W KTÓREJ WYGRYWAJĄ PRZEGRANI!!!” Nie podaję więcej argumentów(czuję, że wpadłem w trans). Po prostu wykorzystanie postaci Pana Roberta Matei w kampanii musi zakończyć się sukcesem: 1. Strategia oparta o celebrytę jest skuteczna, ale trzeba mieć osobę z potencjałem medialnym, która wygeneruje publicity. 2. Celebryta światowego formatu lub topowy Polak/Polka są kosztowni. 3. Na ogół wolimy spektakularne sukcesy od “raczej dobrze”. 4. Współczesność wymaga wykorzystanie niekonwencjonalnych sposobów i kanałów komunikacji (trzeba mieć dobry pretekst żeby wygenerować WOM). 5. Polacy w dalszym ciągu wolą rzeczy śmieszne od tego co się dzieje w polityce (to takie moje prywatne zdanie). Panie i Panowie, czas pomyśleć tak jak Inuita na bezrybiu - rozglądnijcie się wokół swoich marek i znajdzcie swojego Edwardsa. Ja znalazłem Roberta Mateję! Mateja czarnym koniem nadchodzącego sezonu

    Zachęcam do dyskusji inuita ps’ Panie ROBERCIE - jeśli moje słowa, w jakikolwiek sposób dotknęły Pana osobiście - przepraszam i odszczekam wszystko gdyby Pan sobie tego życzył. Myślę jednak, że mimo przeciwności losu, swoją ciężką pracą, wytrwałością oraz pasją, udowodnił Pan, że zasługuje na prawdziwe zainteresowanie wokół swojej osoby - wierzę, że ten artykuł otwiera przed Panem drogę do wymarzonego sukcesu ps” Panie ADAMIE - i tak nikt nie odeśle Pana do Lamusa

    Kategorie: Sponsoring, Marketing, Komunikacja
  • Duszności psyche \ Mianownik Wszechmogący

    Tekst | 2007-12-06 13:13:41 13:13 Komentarze (3)

    W najmniejszym stopniu (mimo czekających nas Świąt)  nie staram się wedrzeć w strefę sacrum. Wszechmoc to domena Najwyższego. Mnie natomiast ogarnia niemoc na absurdalne pomysły językowe naszej branży.

    Są rzeczy, o których  najstarszym Polakom się nie śniło. Wydawało się, że choć gęsi we wsiach rezydują, to jednak język mamy nie-gęsi. Tymczasem okazuje się, że coraz częściej gęgamy, co tam nam ze świata przyniesie. Totalna wiocha!

    Sytuacja przedstawia się następująco. Na nasz stale rozwijający się rynek trafiają firmy ze swoimi ściśle określonymi CI i BI i oczekiwaniami, aby nie tykać i nie zmieniać, w trosce o uniwersalny, obowiązujący na całym świecie przekaz, nie dostosowywać komunikatów do lokalnych odbiorców.

    Pamiętacie Goldeny? Fajki te nazywano tak od zawsze. Jednak upłynęły lata świetlne, zakończone interwencją pewnego dyrektora kreatywnego (ekspata) – i dopiero wtedy można było użyć tej swojskiej nazwy w miejsce oficjalnej – Golden American.

    Inny przykład (i tu pojawia się już nasz Mianownik Wszechmogący). Język polski jest niezwykle bogaty – cudzoziemcom trudno przyzwyczaić się, że zwykliśmy odmieniać… przez „przypadki”. Żeby uzmysłowić problem zacytuję opinię językoznawcy, który zastanawia się: „…ile jeszcze czasu upłynie, zanim zagramy w brydż albo w poker. Dzieci będą grały w berek, kiedy wrócą ze szkoła”. Śmieszne i niemożliwe? A jednak. Przed miesiącem dostałem informację, że na wskroś polska firma (wzorem anglojęzycznych) nie życzy sobie odmiany swojej nazwy i „zaprasza klientów na zakupy do Galeria Zielona”. Kwiatki w rodzaju „program sponsorowany przez Agencja Celna” lub wezwanie „graj w Numeromania” dopełniają obraz nieszczęścia.

    Zdarzyło mi się pisać recenzje filmów dla dzieci. Przypominam sobie, jakie boje musiałem staczać z wydawcą. Nie mogłem dzieciom opowiadać historii Pokemonów, musiałem przedstawiać losy istot Pokemon. To „o” z dziwnym ogonkiem nie mieściło się w uniwersalnym przekazie „na Polskę”.

    Przyzwyczailiśmy się już do władania Mianownika, bez popicia przełykając takie wyrażenia jak: „Biznes informacje”, „Sport telegram”, „Sopot Festiwal”. Przepraszam, wkrótce do popicia będziemy mieli do wyboru zamiast soku wiśniowego – Wiśnia Sok lub… inny gorzki napój.

    Są oczywiście dylematy. Powszechnie używamy sformułowania „jedziemy do IKE-i”, chociaż w tym przypadku brak odmiany byłby usprawiedliwiony. IKEA to skrótowiec (Ingwar Kamprad z Elmtaryd w parafii Agunnaryd).  Natomiast, jeśli mam wybierać, czy „w McDonald’s spotkamy się” – to jednak wolę pójść do McDonalda.

    Podobno Czesi (wybaczcie bracia) są uznawani przez nas, za naród bardziej spolegliwy, wręcz uległy wpływom zewnętrznym. A jednak Ci „kapitulanci” potrafią pokazać swój charakter nazywając na przykład Joan Baez – Joanką Baezową. I tak wolę, bo kolorowo.

    Kategorie: Komunikacja, Dziennik
  • Duszności psyche \ Trick or treat!

    Tekst | 2007-11-13 21:08:53 21:08 Brak komentarzy

    Zgasły już świeczki w głowach dyniowych potworów. W mojej głowie natomiast zamigotało pytanie – co obiecujemy odbiorcom reklam – cukierka czy psikusa?

    Halloween odfrunął w listopadową przeszłość. Podsumowując, liczba sprzedanych w tym roku dyń świadczy o rosnącej popularności święta. Na nic biadolenia, że nad Wisłą, w wigilię Wszystkich Świętych nie wypada  – świat kurczy się i bawi wspólnie. Inna sprawa, że kurczenie przebiega nierównomiernie i pewnie nie doczekamy dnia, kiedy nad Potomac River zaczną fetować Andrzejki.

    Źródła wprowadzenia „potwornego” zwyczaju cukierkowego żebractwa dotykają spraw przerażających. To podobno celtyccy druidzi chodzili od zamku do zamku, szukając księżniczek dziewic, by je gwałcić i składać w ofierze. W zamian mieli zostawiać wydrążone dynie ze świeczkami w środku.

    A co w „dyńkach” odbiorców zostawiają nasze wytwory? Dziewic reklamowych coraz mniej, dlatego trudniej je zauroczyć byle pomysłem. Naoglądały się do syta produkcji pierwszej jakości. Niektóre bez strachu i kompleksów zawitały nawet na Noc Reklamożerców. Powstaje pytanie, czy dziewice na całym świecie bawi to samo? Okazuje się, że niekoniecznie, ponieważ różnice wrażliwości, a co za tym idzie intensywności łaskotania, w celu wywołania podobnego efektu są inne w różnych kulturach. Mogliśmy się przekonać naocznie, porównując poczucie humoru Francuzów, Japończyków, Niemców…

    Ale właściwie nie o humorach miałem pisać, raczej o emocjach prowokowanych przez dobre, skuteczne reklamy. Z grubsza produkcję naszej branży można podzielić na komunikaty, które coś obiecują (cukierek) lub przed czymś ostrzegają (psikus). Jeśli ktoś sądzi inaczej, niech sięgnie pamięcią, gdzie może. Klasycznym „psikusem” była pierwsza polska telewizyjna produkcja reklamowa – PRUSAKOLEP. Przerażający (jak w najlepszym horrorze) nalot karakanów, skłania ostatecznego konsumenta (!) do zakupu odpowiedniego środka. Inne klasyczne „psikusy” wiążą się najczęściej z promowaniem medykamentów, których brak w domowych apteczkach. Odpowiednio sugestywny przekaz jest w stanie nakłonić zaniepokojonych do szybkich odwiedzin apteki. Niepokój. No, ale często uzasadniony…

    Z drugiej strony, w większości, nasze komunikaty to „cukierki”. „Będzie ci lepiej, skorzystasz, wygoda, komfort, nieograniczone możliwości, daje przewagę” itd. Prawda, że słodko? Oczywiście, im bardziej wiarygodnie, tym łatwiej przełknąć. Odbiorcy już się przyzwyczaili – nie mówią – reklama kłamie, ale doskonale wiedzą, że poruszamy się w innym wymiarze. Matrix obietnic. Specyficzna konwencja. My też często przyznawaliśmy, że trzeba przerysować.

    I nagle bunt. Epokowy przełom. Czy to możliwe? Oto wizja. Coraz szerszy udział konsumentów w przygotowaniu produktu. Poważnie traktowani gotowi są dzielić się wiedzą – rzetelną informacją zwrotną na temat firmy. Każda solidna marka działa zgodnie z zasadą, „every company is a media company” – oprócz robienia pieniędzy angażuje się w budowanie pozytywnej komunikacji. Marki, które nie obiecują i nie straszą. A my, pracownicy reklamy przestajemy być druidami. Lub dziećmi, które krzyczą „cukierek albo psikus”.

    Kategorie: Komunikacja, Dziennik

Redaktorzy

Archiwum

  • Pn
  • Wt
  • Sr
  • Cz
  • Pt
  • Sb
  • Nd
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • 11
  • 12
  • 13
  • 14
  • 15
  • 16
  • 17
  • 18
  • 19
  • 20
  • 21
  • 22
  • 23
  • 24
  • 25
  • 26
  • 27
  • 28
  • 29
  • 30

Magazyn

Nowości

Recenzje

TEQUILA\Polska Sp. z o.o., siedziba: Poznań, adres: 61-775 Poznan, ul. Wielka 20, Sad Rejonowy w Poznaniu XXI Wydzial Gospodarczy, nr KRS 0000046544, NIP 783-15-24-100, REGON 639691601